Jak 51% znajomość języków obcych przez Polaków wpływa na szanse zawodowe studentów za granicą?

„Dogaduję się – to znaczy posługuję się obcym językiem”
Żyjemy w czasach, kiedy to wyjazd za granicę, w każde miejsce Europy i świata, jest na wyciągnięcie ręki. Zazwyczaj to tylko koszt podroży i rozpoczęcia nowego życia w danym miejscu. Wyjeżdżają wszyscy ci, którzy szukają lepszego życia, ci, którzy pragną przygody i są też tacy, którzy chcą z dala od ojczyzny zarobić na swoje studia. Młodzi coraz częściej pakują walizki i jadą w świat, zazwyczaj znają język tylko na tym poziomie, który wynieśli ze szkoły i tu się zaczynają problemy.
Student, który wyjeżdża za granicę do pracy, posługuje się zazwyczaj 51% znajomością języka danego kraju. O tym, że jest to spora trudność, przekonuje się zazwyczaj już na lotnisku, po opuszczeniu samolotu. Młody człowiek zazwyczaj zna język, którego uczono go w szkołach, stara się mówić gramatycznie i poprawnie. Denerwuje się, bo po polsku może tam co najwyżej przekląć, a i to mu wiele nie pomoże. Chcąc kupić bilet w dalszą drogę,
z pewnością napotka innego obcokrajowca i z nim ma porozmawiać na poziomie „dogadać się”. Gramatyka w językach obcych przy tak zintegrowanych społeczeństwach, łatwości przemieszczania się i osiedlania na całym świecie, wydaje się być potrzebna jak przysłowiowej żabie ręcznik.
Artysta myje gary
Przekonał się o tym 23-letni Dominik z Krakowa, student wydziału artystycznego. Zaplanował, że spakuje kilka swoich obrazów, będzie siedział przy Tower Bridge* w Londynie i malował. Świetnie wychodziły mu krajobrazy, jak i portrety. Więc zarobek może mieć, malując turystów, a gdy ich chwilowo będzie brakować, można uwiecznić widoki ze słynnego mostu oraz placu pod nim. Plan świetny, przynajmniej tak się wydawało młodemu artyście. Londyn miał dodatkowo paść do stóp chłopakowi, gdyż ten, jak podkreślał, trochę zna angielski, w weekendy będzie malował zarobkowo, a w tygodniu odpoczywał
i zwiedzał. Młody artysta nie przewidział, że czasem trzeba gdzieś spać,
że malowane obrazów pod tak rozpoznawalnym obiektem wymaga zgody pewnych władz, że w końcu zaczepianie przechodniów, nachalne ich zagadywanie, musi zwrócić uwagę londyńskiej policji. „Trochę znam angielski” okazało się za mało, kiedy trzeba było porozmawiać z funkcjonariuszami. Sytuacja skończyła się na posterunku, gdzie mężczyzna dostał polskiego tłumacza i karę grzywny do zapłacenia.
Dominik opowiadał, że poddać się nie może, więc zaczął szukać pracy. Dzięki opatrzności losu nie umarł z głodu i w porę zorientował się, że mistrzem angielskiej sztuki jeszcze nie będzie, nawet do zamiatania placu przed muzeum okazał się mało wiarygodnym kandydatem.
Zaczął więc swoją karierę od zmywaka w KFC. próbował dostać się do pracy na stanowisku sprzedawcy, ale nie sprostał wymogom. Za długo zastanawiał się, czy poprawnie buduje zdanie, a turecki szef nie miał tyle czasu. Dominik
i tak uznał, że miał szczęście, bo tylko zmywał, nie tyle naczynia, co wszytko dookoła, a jak nie zrozumiał polecenia, to najwyżej miał umyte kotlety drobiowe zamiast podłogi. Nie zdarzało mu się pracować z klientami i odpowiadać za ich fanaberie i kubki smakowe, które, jak uważał, nie były przy zamawianiu spójne z językiem i mózgiem.
Studentka prawa i administracji sprząta
Z kolei Kasia, 22-letnia studentka prawa i administracji z Wrocławia, postanowiła wykorzystać swoją połowiczną znajomość niemieckiego.
W minione wakacje miała pojechać do sąsiadów zza Odry. Udało jej się znaleźć pracę na zastępstwo. Opiekunka starszej pani chciała przyjechać do Polski na jakiś czas, szukała kogoś, kto komunikatywnie posługuje się niemieckim, żeby zamienił się z nią na dwa, trzy miesiące. Dla młodej studentki to było tak, jakby chwyciła Pana Boga za nogi. Od razu zadzwoniła, dogadała się z opiekunką
i pojechała. Tamta na miejscu została jeszcze dwa dni, żeby Kasi wszystko pokazać, potem pojechała. Dziewczyna została sama z chorą staruszką, która wydawała jej różne polecenia, a z których Polka rozumiała znaczenie tylko pojedynczych słów.
Kasia opowiada, że nie umiała się zająć babcią tak, jakby obie tego chciały, nie rozumiała jej. Kobiety denerwowały się, z dnia na dzień coraz bardziej się nie lubiły. Starsza pani była zmęczona już ciągłym machaniem rękami
i pokazywaniem, czego akurat jej potrzeba. Złożyła skargę na swoją opiekunkę i ta, niestety, musiała się rozstać ze stanowiskiem. Trafiła jej się druga praca, sprzątanie prywatnych domów. Problem ten sam, rozumiała tylko część poleceń, które jej wydawano. Może i sprzątała dobrze, ale jak ktoś poprosił ją
o poskładanie wyprasowanych koszul w kostkę, a nie wieszanie ich do szafy, to Kasia, nie rozumiejąc prośby, robiła jak wcześniej. Oczywiście, żadnych napiwków nie dostała, a i z właścicielem nie złapała jakiegoś idealnego kontaktu, który zaowocowałby dalszą współpracą. Może, gdyby polecił ją swoim znajomym, zarobiłaby więcej i faktycznie coś zaoszczędziła, a tak skupiła się tylko na tym, aby przetrwać samodzielnie w obcym kraju.
Znajomość języków to w dzisiejszym świecie rzecz bardzo ważna. Wybierając się do jakiegoś kraju, zazwyczaj mówimy inaczej niż jego rodowici mieszkańcy. Znając język na poziomie „mogę się dogadać”, to trochę tak, jakbyśmy wchodzili na wysoką górę bez zabezpieczenia. Można, ale jest to ryzykowne, gdy nie ma innej możliwości by przeżyć, to trzeba się piąć bez asekuracji, może na górze ktoś nam pomoże albo odnajdziemy sami jakąś deskę ratunku. Pamiętać jednak musimy, że jak coś nie wyjdzie, to spadniemy. Nikt nas nie złapie, nawet jakby bardzo chciał, bo zwyczajnie nie będzie za co. Jeśli posługujemy się językiem , mamy szansę na lepszą pracę, więcej znajomych, nowe możliwości i zaistnienie w nowym społeczeństwie. Język to 50% sukcesu, więc nie możemy znać go tylko trochę, tylko w połowie, bo wówczas nie wybijemy się ponad tłum emigrantów.
*Jedna z głównych atrakcji Londynu odwiedzana codziennie przez tysiące artystów z całego świata.
Beata Olejarka
Redaktor
